Odkrycie króla Jerzego IV, czyli królewskie początki whisky Glenlivet!

Odkrycie króla Jerzego IV, czyli królewskie początki whisky Glenlivet!

Po śmierci Jerzego III w 1821 roku w Edynburgu zapanowała atmosfera zabawy. Tron przejął jego syn Jerzy IV. Upłynęło też ponad 150 lat odkąd żaden z brytyjskich monarchów nie postawił swej nogi na szkockiej ziemi.

Nic więc dziwnego, że szkockie elity w osobie Sir Waltera Scotta postanowiły dokonać przemian w istniejącym „modus operandi” i zaprosić świeżo koronowaną głowę do Edynburga. Zaproszenie zostało zaakceptowane w sierpniu 1822 roku, a podczas spotkania wznoszono toasty za zdrowie króla szkocką whisky z regionu Highland. Wg archiwów Jerzy IV pokochał whisky za jej unikatowy smak, jakże odmienny od tego, co miał okazję dotychczas próbować. Imprezy towarzyszące wizycie królewskiej trwały kilka dni, podczas których król, co chwila domagał się kolejnej dawki nowo-odkrytego trunku.

Wg zapisków z prywatnego pamiętnika Lady Elizabeth Grant, ojciec posłał ją do piwnicy po skarb – drewnianą beczkę, w którym przechowywano zapas whisky, łagodnej i jedwabistej niczym mleko. To chyba pierwsza wzmianka o dojrzewaniu whisky w ten sposób, a jednocześnie dowód na to, że trunek w niej przetrzymywany łagodnieje, wzbogaca swój smak podczas procesu zwanego maturacją. Należy założyć, że na tak wyjątkową okazję Szkoci dostarczyli najlepszą whisky, jaką mogli zdobyć. Fakt, że pochodziła ona z kontrabandy był czystym przypadkiem.

Kłopotliwym jednak dla szkockich władz było, że whisky Glenlivet, bo o niej tu mowa, tak bardzo ceniona przez króla, pochodziła z nielegalnej i sekretnej destylacji i szmuglowana była z niedostępnych i trudnych do wytropienia przez poborców podatkowych, wyżynnych terenów. Istniało wiele powodów, dla których cieszyła się ona wyjątkową reputacją.

Po pierwsze, dobra whisky nie może być tworzona w pośpiechu. Odległe doliny Szkocji sprawiały wiele trudności urzędnikom, a co więcej, mogli być oni wypatrzeni z odległości kilku mil, dając czas gorzelnikom na ukrycie sprzętu i destylatu.

Po drugie, kluczowe dla produkcji whisky składniki – jęczmień, torf i mnóstwo świeżej, czystej wody, wszystko to występowało w obfitych ilościach w okolicach Glenlivet.

Co więcej, kotły destylacyjne, służące do produkcji były małe i mobilne, łatwe do transportu po górach, przenoszenia z miejsca na miejsce i ukrycia przed poborcami.

Wiemy, że podczas destylacji kontakt oparów destylatu z miedzią jest kluczowy, mniejszy alembik skutkuje bogatszym, bardziej aromatyzowanym alkoholem.

Po przeciwnej stronie, w tamtych czasach, mieliśmy potężne kotły w regionie Lowland, produkujące na masową skalę i szybko trunek, podobny w odczuciach smakowych do dzisiejszej wódki. Kontrast pomiędzy legalnym trunkiem z Lowland a szmuglowanym z Highland nie mógł być bardziej wyraźny i pewnie dlatego Elizabeth Grant zdecydowała się właśnie ten zaoferować królowi. Po wizycie króla, parlament zaczął prace nad nowym ustawodawstwem, umożliwiającym legalizację potajemnie działających destylarni po wykupieniu licencji.

Pierwszym z tych, który taką nabył, był George Smith, rolnik w ciągu dnia i nielegalny gorzelnik w nocy. Przekształcił on swoją farmę Braes of Glenlivet w legalną destylarnię i tak oto pierwsze krople licencjowanego trunku spłynęły z aparatury na początku 1825 roku. Z pewnością jego produkt różnił się w znacznym stopniu od tego, co dziś możemy odkryć w butelkach Glenlivet, jednak podwaliny pod przyszły sukces i renomę, którą cieszy się whisky Glenlivet obecnie, pozostaną dziełem George’a Smith’a.