W stosunku do lokat bankowych, inwestowanie w whisky może przynieść naprawdę dobry zwrot

W stosunku do lokat bankowych, inwestowanie w whisky może przynieść naprawdę dobry zwrot

Redakcja portalu Sznyt.pl rozmawia z Jarosławem Bussem – właścicielem firmy Tudor House i organizatorem festiwalu Whisky Live Warsaw, o tym, czy warto inwestować w whisky i jak najlepiej na tym zarobić.

SZNYT: Polacy coraz częściej i coraz chętniej kupują whisky – według statystyk jest to drugi alkohol jeżeli chodzi o ich preferencje smakowe. Czy to zainteresowanie whisky ma wymiar wyłącznie konsumpcyjny, czy już trochę myślimy o inwestycyjnym potencjale tego trunku?

Jarosław Buss: Coraz więcej osób myśli o whisky jako o potencjalnym źródle zarobku, ale w Polsce jest to jeszcze bardzo mała skala – jeśli już inwestujemy to raczej w butelki, które się szybko kupuje. Jednak ten segment rynku rozwija się w bardzo szybkim tempie, więc sądzę, że kiedyś zaczniemy inwestować też w beczki, co jest już bardzo popularne na zachodzie.

Z czego wynika ten wzrost?

Chyba w końcu przekonaliśmy się, że nie ma drugiego takiego alkoholu, który jest w stanie dostarczyć tylu różnych doznań aromatyczno-smakowych. Whisky jest według mnie alkoholem “najlepiej zbudowanym”- lepiej nawet od czerwonego wina. Poza tym wydaje mi się, że dzisiejszy klient trochę się zmienił. Przy obecnym dostępie do informacji, fanpage’y, blogów eksperckich itd. ludzie mają znacznie większą wiedzą na temat whisky i dzięki temu zaczęli dostrzegać jej różnorodność.

Dlaczego w ogóle warto inwestować w whisky? Czy stopa zwrotu jest na tyle zachęcająca, żeby wydawać tysiące euro na jedną butelkę czy beczkę?

Na razie tak, chociaż oczywiście nie wiadomo, czy kiedyś nie pęknie ta bańka, która powstała wskutek wysokiego popytu i znacznego wzrostu cen. Już kiedyś byliśmy świadkiem takiej sytuacji chociaż nie wszyscy o tym pamiętają – w latach 80-tych doświadczyliśmy największego kryzysu w branży whisky, który spowodował zamknięcie wielu destylarni. Wówczas u upadających producentów można było kupić trunki za bezcen. Nie chcę uprawiać czarnowidztwa, ale gdy współczesny rynek alkoholu “przegrzeje się” i klienci wyhamują z zakupami, to inwestowanie w whisky może okazać się mniej opłacalne. Pamiętajmy, że inwestycja w alkohol jest jak obstawianie wyścigów konnych, czy jak każda inna inwestycja – nigdy nie wiemy, czy na czymś stracimy, czy też zyskamy.

Krótko mówiąc ta branża także niesie ze sobą ryzyko.

Oczywiście, chociaż porównując inwestowanie w whisky z inwestowaniem w wino sądzę, że to ryzyko jest i tak niewielkie – bezsprzeczną przewagą whisky jest to, że nie zepsuje się. Możemy trafić na lepszą lub gorszą beczkę, ale tak mocny alkohol nie może ulec zepsuciu sam w sobie.

Jak wygląda proces inwestowania w beczkę w danej destylarni? Ile można na tym zyskać?

Warto wiedzieć, że kupując beczkę płacimy nie tylko za sam towar. Cena uwzględnia również ubezpieczenie oraz możliwość przechowywania jej w magazynie destylarni przez określony umową czas. To ostatnie jest o tyle istotne, że nawet w razie pożaru, czy innego kataklizmu, który dotknąłby destylarnię, odzyskamy swój wkład. Jeśli jednak wszystko przebiegnie zgodnie z planem i nasza beczka będzie spokojnie leżakować w magazynie przez powiedzmy dekadę, jej wartość spokojnie powinna wzrosnąć przynajmniej o 100%, a kto wie czy nie dużo więcej. W stosunku do lokat bankowych, czy jakichkolwiek innych form oszczędzania, to jest naprawdę bardzo dobry zwrot z inwestycji.

Kiedy więcej zarobimy – kupując młodą, czy wiekową whisky? 

Kupno beczek z dojrzałym alkoholem to proces dość skomplikowany i wymagający pewnej wiedzy. Są destylarnie, których produkt sprzedaje się na pniu i takie, które nie cieszą się zbyt dużą estymą. Beczka z wiekową whisky ma swoją cenę i sprzedający też chce na niej zarobić. Poza tym nie kupimy jej bezpośrednio z destylarni –  jeśli już, to od firm brokerskich, które jak wiadomo nie działają non profit.

Inwestowanie zazwyczaj ogranicza się do młodej whisky albo nawet rzekłbym do produktu, który jest dopiero zalążkiem whisky określanym w fachowej nomenklaturze jako “new make” . Działa to w ten sposób, że kupujemy świeży destylat, który jest nalewany do beczek i tam dopiero po długim czasie zamienia się w pełnoprawny trunek. Taką inwestycję można nazwać kupowaniem “wirtualnej beczki”, bo nie wiemy w zasadzie, co z niej wyjdzie. Sam w takie beczki zainwestowałem i mam odpowiednie certyfikaty poświadczające zakup. Nie jest jednak tak, że kupujemy kota w worku – raz w roku możemy prosić producenta o przesłanie próbki zakupionego alkoholu, aby być na bieżąco z efektem jego dojrzewania.

W każdej destylarni wygląda to podobnie?

Nie każda destylarnia prowadzi program takiego inwestowania w beczki. Z reguły dotyczy to młodych destylarni, które niedawno powstały i na start chcą utrzymać płynność finansową. Raczkujące destylarnie na początku zarabiają też na sprzedaży wódki albo ginu, bo na tym można zarobić od razu.

A jeśli chodzi o whisky butelkowaną? Czy wiek ma wtedy znaczenie?

Nie ma znaczenia i mam na to przykłady z własnego podwórka. Przytoczę dwa przypadki – 9-letnia whisky, pochodząca z bardzo znanej i szanowanej destylarni, wyróżniała się intensywnym kolorem, który był wynikiem przechowywania w beczce pierwszego napełnienia po Sherry tzw. first fill. Ciecz zyskała bardzo ciemny, krwisty, wręcz mahoniowy kolor, co przyciągnęło kupców jak magnes – whisky zniknęła z rynku w przeciągu jednego dnia. Nazajutrz można było zobaczyć te same butelki na internetowych aukcjach w cenie powiedzmy dwukrotnie wyższej. Drugi przykład to mój własny projekt, który zapoczątkowałem w połowie tego roku, nazwany “Chapter- private selection by Jarek Buss”. Mowa tu o indywidualnych beczkach, wyróżniających się wg mnie wyjątkowym aromatem i smakiem, które postanowiłem zakupić (w niektórych przypadkach prosto z destylarni) i zabutelkować na polski rynek. Mocno ograniczona dostępność, uzależniona od pojemności beczki sprawiła, że część butelek w dość krótkim czasie po zakupie, pojawiła się na rynku wtórnym, z ceną przynajmniej dwukrotnie wyższą. Osobiście polecałbym właśnie taką formułę inwestowania, szczególnie dla osób nie doświadczonych w temacie, bo inwestycja taka nie wymaga zbyt dużego kapitału – ceny zakupu butelek z serii Chapter wahały się w granicach 500-650 zł – oraz daje większą szansę odsprzedaży. Pamiętajmy bowiem, że zasobność portfeli polskiego konsumenta nadal nie jest taka jak w krajach Europy Zachodniej. Choć za jedną z butelek z serii Chapter jeden z europejskich kolekcjonerów proponował mi już cenę trzykrotnie wyższą i nadal odmawiam sprzedaży.

Oczywiście inwestowanie w whisky jest mocno uzależnione od naszych zasobów finansowych, bo im więcej mamy pieniędzy, tym możemy sobie pozwolić na większe szaleństwo. Jednak po kupieniu whisky, która ma 40-50 lat nie możemy oczekiwać, że następnego dnia sprzedamy ją dwukrotnie drożej – taka sytuacja będzie dotyczyć może 2-3 destylarni, których ceny co chwila biją nowe rekordy na aukcjach. Mówimy tu np. o 50-letnim Macallanie, za który trzeba było najpierw zapłacić 30 tysięcy funtów po to, żeby następnego dnia próbować sprzedać go za 50 tys. Ale takich butelek ukazuje się rocznie niewiele, a na świecie mamy wielkich graczy z bardzo grubymi portfelami, którzy cały czas trzymają rękę na pulsie. Tutaj konkurencja jest ogromna.

Czym się zatem kierować przy inwestowaniu w whisky? Czy istnieją jakieś zasady, które warto znać na samym początku?

W latach 90. była moda na inwestowanie na giełdzie – wtedy organizowano kursy inwestycyjne, na których podawano przepis, jak zarobić duże pieniądze. Jednak, jeśli ktoś nie będzie miał o tym zielonego pojęcia, to i tak nic na tym nie zyska. Tak samo funkcjonuje rynek whisky – trudno stworzyć dla zupełnego laika szereg przydatnych wskazówek, dzięki którym uda mu się zarobić.

Jest oczywiście parę czynników, na które trzeba zwracać uwagę. Przede wszystkim sprawdzajmy ofertę destylarni, których produkty są najczęściej poszukiwane i cieszą się większą estymą, renomą niż pozostałe. Drugą niezwykle istotną rzeczą jest unikatowość trunku. Inwestowanie w whisky – podobnie jak w monety, obrazy, czy w cokolwiek innego – polega na tym, że póki jest jeszcze dużo dostępnych egzemplarzy na rynku, to nikt o zdrowych zmysłach nie zapłaci dwa razy więcej komuś, kto chce to sprzedać. Dlatego należy zwracać uwagę, czy dana whisky pochodzi z edycji limitowanej, a jednocześnie uważać na zagrywki producentów – ci często oznaczają jako edycje limitowane nawet takie partie, które wychodzą na rynek w liczbie 60 tysięcy butelek. A im mniejsza edycja, tym lepsza, dlatego polecałbym inwestować w tzw. wersje single cask – są to edycje, które są ograniczone liczbą butelek do wielkości konkretnej beczki. Podsumowując, im wersja bardziej limitowana, tym większa szansa na sukces.

Ile butelek może pochodzić z takiej jednej beczki?

To też zależy, bo im starsza whisky, tym więcej z niej w trakcie okresu maturacji odparuje. Uśredniając jednak można przyjąć, że beczka po burbonie zrodzi około 300 sztuk, a beczka po sherry około 600. To wciąż bardzo mało biorąc pod uwagę, że jest to jedyna partia konkretnego alkoholu wypuszczana na cały świat. Szansa, że taka butelka bardzo szybko zniknie z rynku i pojawi się na aukcji w znacznie wyższej cenie jest dużo większa niż w przypadku whisky z masowej produkcji. Na whisky z tzw. core range’u ciężko będzie zarobić, chyba, że odczekamy 20 lat i okaże, że pozycja ta została wycofana z obiegu, zmieniono kształt butelki, etykietę itd. W tym wypadku dużą rolę odgrywa sentyment konsumentów.

Chodzi np. o taką sytuację, gdy ktoś ma całą kolekcję Grantsów i brakuje mu w niej jakiejś konkretnej pozycji?

Tak. Inną przyczyną może być też bardzo głębokie przekonanie rozpowszechnione wśród zaangażowanych miłośników whisky, że kiedyś destylarnie robiły lepsze trunki. Takie osoby, mając do whisky  wyprodukowaną dzisiaj i w latach 80., powiedzą, że starsza jest dla nich smaczniejsza. Ja nie do końca zgadzam się z tym stwierdzeniem. Faktycznie – smak whisky mocno zmienił się na przestrzeni lat, ale to głównie dlatego, że popyt na ten alkohol był wówczas dużo mniejszy. Siłą rzeczy rosnąca popularność wiąże się ze stosowaniem nowych metod produkcyjnych i wprowadzeniu nowoczesnych technologii. Mało kto wie, ale dzisiaj stosuje się nawet inne odmiany jęczmienia – masowi producenci stawiają na większą wydajność, dlatego poszukują surowca, który im to zapewni. Dlatego owszem zgodzę się, że dzisiejsza whisky jest inna, ale  czy można tak łatwo ocenić, czy jest lepsza, czy gorsza? Każda opinia jest subiektywna – za 15 lat ludzie mogą powiedzieć, że najbardziej im smakuje dzisiejsza whisky.

Podsumowując – wiek nie do końca ma znaczenie, warto szukać pośród  renomowanych destylarni i kupować edycje limitowane. Czyli jednak da się wyodrębnić kilka podstawowych wskazówek dla początkujących inwestorów.

Tak, ale to są tylko podstawy. Polecam przede wszystkim zacząć interesować się tym tematem – możemy zacząć chociażby od artykułów w internecie, czy opinii na fanpage’ach (np. Whisky Fan Club/Jarek Buss). Najbardziej wartościowe informacje możemy zdobyć jednak od osób, które zajmują się produkcją whisky i które działają na tym rynku od wielu lat. Z tego względu polecam fachową literaturę pisaną przez ludzi, którzy naprawdę się na tym temacie znają. Najlepszą wg mnie książką o whisky jest “Appreciating Whisky” napisana przez Phillipa Hillsa, założyciela Scotch Malt Whisky Society. Kolejną pozycją, którą trzeba przeczytać, jest “Malt Whisky Yearbook” autorstwa Ingvara Ronde – książka wydawana od 2006 r. i co rok uaktualniana.

W poznawaniu tego świata równie ważne jest własne doświadczenie, które budujemy na degustacjach. Powinniśmy jak najwięcej próbować, możemy nawet zacząć prowadzić swoje własne notatki. Jak opiszemy sobie nasze doznania po skosztowaniu stu rodzajów whisky, to już będziemy wiedzieć, jaki kierunek nam najbardziej odpowiada.

A jeśli ktoś chce podejść do tematu czysto zarobkowo? Czy w tej branży działają firmy, które świadczą usługę doradztwa inwestycyjnego tak jak w nieruchomościach, czy finansach, które wskaże najbardziej opłacalną inwestycję w ramach jakiegoś budżetu?

Odpowiem, jak mi serce nakazuje – oczywiście są takie firmy doradcze, ale gdyby ktoś mnie spytał, czy ja takiej firmie powierzę pieniądze, to zdecydowanie odmówię. Przyczyna jest prosta – każda taka firma nie robi tego pro bono, każda chce na tym zarobić. Poza tym, że inwestując przez taką firmę zawsze musimy podzielić się tym zyskiem, to nie mamy kontroli nad tym, w co te pieniądze są wkładane. Jeśli ktoś nie chce się zagłębiać w temat i zadowoli go zysk nieco większy niż oprocentowanie w banku to jak najbardziej może spróbować. Ja jednak uważam, że akurat w przypadku whisky warto pogłębić swoją wiedzę, bo to jest po prostu przepiękna przygoda – jakiejkolwiek książki na temat tego trunku nie otworzymy, to przekonamy się, że jego historia sięga aż XV wieku. Przy okazji możemy poszerzyć swoją wiedzę na temat historii Anglii, która według mnie jest dużo ciekawsza niż historia Francji, Hiszpanii czy jakiegokolwiek innego kraju.

Będąc przy tych krajach – czy warto sugerować się pochodzeniem trunku przy inwestowaniu?

Z pewnością. Mimo że whisky jest produkowana na całym świecie, to jednak chyba pierwszym krajem, na którym naprawdę zaczęto zarabiać potężne pieniądze była Japonia. W tej chwili dostępność whisky japońskiej jest niewielka, bo jak tłumaczą producenci popyt przewyższył podaż, a niestety tego alkoholu szybko nie da się “dorobić”, bo jednak musi swoje odleżeć. Ograniczona dostępność spowodowała automatycznie, że ceny japońskiej whisky poszły mocno w górę.

Pomijając już Japonię, to warto wiedzieć, że bardzo ciekawym rynkiem jest Azja, która mocno się w tym temacie ostatnio rozwinęła. Warto tu wspomnieć o tajwańskim Kavalanie z zachwycającym kolorem i bogactwem aromatów, które zyskuje po zaledwie kilku  latach leżakowania w beczkach. W ostatnim czasie jest też głośno o destylarni Amrut z Indii, która w tym roku wypuściła na rynek mocno limitowaną edycję 10-cio letniej whisky Greedy Angels, której cena oscylowała wokół 3 tysięcy zł. Mimo wysokiej ceny rynek wchłonął ten produkt momentalnie.

Skoro było tak duże zainteresowanie tym trunkiem, dlaczego wypuszczono tak mało butelek?

W takich krajach jak Tajwan czy Indie produkcja whisky jest prawdziwym wyzwaniem. Powodem są wysokie temperatury, które z jednej strony  przyspieszają proces dojrzewania, ale powodują także znaczną utratę alkoholu. W Indiach z 200-litrowej beczki po 10-ciu latach leżakowania odparowało aż 70% objętości alkoholu, czyli z całych zasobów zostało nieco ponad 60 litrów. Ten proces sprawia, że destylarnia musi uwzględnić w cenie butelki bardzo nieprzyjazne warunki, w których ta whisky powstaje. Z tego powodu 10-letnia indyjska whisky była sprzedawana na poziomie 800 euro.

Najbezpieczniejszą lokatą jest nadal szkocka?

Szkocja jest uważana za kolebkę whisky – chociaż tu można dyskutować, czy Szkocja czy Irlandia faktycznie nią była. Do I Wojny Światowej to irlandzka whiskey była trunkiem, który się piło na salonach, a szkocką mało kto doceniał. Późniejszy zbieg wielu różnych okoliczności spowodował, że o irlandzkiej zapomniano, a znów szkocka bardzo mocno się rozwinęła . Jak bardzo zmieniły się statystyki może świadczyć fakt, że w latach 80. ubiegłego wieku, na około 100 destylarni działających w Szkocji, w Irlandii pracowały tylko 3.

A co Pan myśli o inwestowaniu w polską whisky z destylarni Wolf&Oak, która otworzy się w przyszłym roku? Czy będzie to niszowe przedsięwzięcie, czy też zapoczątkuje ono rewolucję alkoholową w Polsce?

Większość ludzi twierdzi, że w naszym kraju nadal się pije tylko wódkę, a stawianie destylarni to karkołomny pomysł, w który nikt nie zechce inwestować. Ja myślę wprost przeciwnie – jestem zdania, że destylarnia Wolf&Oak utoruje drogę do innych pomysłów związanych z tym rynkiem. Już widać pierwsze oznaki ich popularności – limitowane kolekcje nalewek czy okowit wyprzedają się na pniu. Jeśli chodzi o whisky to założyciele nie planują uruchamiać jakiejś potężnej produkcji, która spowoduje, że będą się później zastanawiać, komu to sprzedać. Myślę, że tak jak dotychczas, ich pierwsze oficjalne butelki z whisky będą sprzedawać się jak ciepłe bułeczki, czego też życzę założycielom z całego serca.

Share

Pomysłodawca i organizator festiwalu Whisky Live Warsaw, właściciel działającej od ponad 20 lat firmy Tudor House, zajmującej się importem i dystrybucją whisky w Polsce, a także właściciel sieci sklepów Ballantine’s. Inicjator i organizator cyklicznych degustacji whisky w Polsce, założyciel zamkniętej grupy miłośników whisky na Facebook.com „Whisky Fan Club”. Pierwszy i jedyny dotychczas Polak, który zasiadał w jury prestiżowych zawodów World Whiskies Awards, odbywających się rokrocznie w Londynie.